Może kawy?

2011-10-02
I niech mi nikt nie mówi, że są rzeczy, które się nie zmieniają

Proszę, proszę. Wreszcie nadszedł moment, w którym moje młodzieńcze ideały przestały być ideałami. Człowiek cały czas liczył na to, że coś w życiu znacznego zmieni, że się nie podda schematom, że będzie inny, że będzie super hiper szczęśliwy, spełniony, szanowany i podziwiany. Po brutalnym zderzeniu z rzeczywistością okazało się, że aby utrzymać chociaż dwa ostatnie przywileje, trzeba się siedem razy dziennie zarżnąć w pracy. Już nie mówię o tempie, bieganiu, ale o obciążeniu psychicznym, jakie ta praca funduje.
Zgadzam się, u mnie jest inaczej. Pracuję w firmie rodzinnej. I tu się, proszę państwa, okazuje, że to gówno, a nie ułatwienie. Każdy problem, niedociągnięcie, kryzys przeżywam trzy razy bardziej niż w innej firmie, a może - po prostu przeżywam. Po roku mam płaski tyłek, więcej cellulitu i boli mnie serce. Biuro przynoszę do domu i w niedzielę sprawdzam służbowego maila. Niezdrowo, ale ciężko przestać.
Rozczarowały mnie moje studia. W chwili, gdy zaczęłam pracować, uświadomiłam sobie, że te 5 lat poszło na marne. Oczywiście, nie były całkiem bezużyteczne. Poznałam całą masę cudownych ludzi, nowych miejsc, zwyczajów, wyszalałam się tak, że nigdy bym siebie o to nie podejrzewała. Jednak jeśli chodzi o wykształcenie, moje pozwala mi pisać pisma poprawne stylistycznie, po porządnej edycji i zawierające wszystkie zwroty grzecznościowe. Na tym kończy się korelacja między moją wiedzą studiowaną a branżą, w której zarabiam "grube pieniądze" ledwie przekraczając miesięcznie najniższą krajową.
Żeby nie było, że tylko narzekam - jestem zadowolona ze swojego życia. Naprawdę! W pracy się spełniam, uczę wciąż nowych rzeczy, poszerzam horyzonty. Zwiedzam świat, Polskę, swoje okolice. Mam cudownych przyjaciół i wdzięcznych znajomych. W brzuchu mam motyle. Jest naprawdę dobrze! Tylko nawarstwiło się stresów...
Patrzę, co wypisywałam tu ostatnio i uśmiech starszej koleżanki pojawia się na mojej twarzy ;) Wtedy ostatecznie nie zastartowałam do Rady, za to zostałam redaktorem naczelnym naszej gazety. Przez rok pisałam, oceniałam, poprawiałam artykuły i trzymałam w ryzach naszych dziennikarzy. Jestem z siebie dumna, bo czasopismo niczym Feniks odrodziło się z popiołów i odzyskało szacunek, a także czytelników. Niemniej jednak cała idea się "rypła" w chwili, gdy zrezygnowałam z tej funkcji. Czułam, że tak będzie - wiedziałam, że tak będzie. Wiedziałam też, że nie mogę swojego życia na wiek wieków uzależniać od inicjatyw studenckich. To nie ja.
Na chwilę obecną marzy mi się odpoczynek. W firmie przepadło wielkie przedsięwzięcie, którego chcieliśmy się podjąć. Masa nerwów, postępowań, spraw, odwołań. Kilka dni temu spędziłam w Warszawie przy ul. Postępu 17a 5 godzin na wysłuchiwaniu największego oszusta i złodzieja, jakiego znam. Do teraz mni serce kłuje. Jutro muszę podjąć ostateczną decyzję co do własnej firmy. Nie wiem, co, gdzie i jak, ale nie chcę zaprzepaścić kolejnej szansy.


kawa-o-poranku


skomentuj (0)

2009-10-17
"Czekamy na Ciebie, zgodnie z obietnicą".

Ludzie z reguły lubią być doceniani (siorb, łyk kawy, odchrząknąć). Zacięcie (się). Doceniani z różnych powodów oczywiście. Chcę wyodrębnić jedną grupę ludzi, którzy lubią być doceniani za coś, co robią zupełnie bezinteresownie (pod kątem finansowym, bo jednak nie istnieje coś takiego jak bezinteresowność - wszyscy jesteśmy egoistami). To tak słowem wstępu.
Dawno, dawno temu, w królestwie studiów I stopnia była sobie znudzona studencina (czy da się to odnieść do kobiety? Mówi się przecież, że studencina jest znudzony, jakieś pomysły?). Nie mając co zrobić z okruszkiem wolnego czasu, wpakowała się w działalność w stowarzyszeniu studenckim. Od czynu do czynu, zgłosiła swoją kandydaturę do Rady Uczelnianej. Dobrze wywiązywała się ze swoich zadań (i nie swoich też!) podczas organizacji Juwenaliów, więc pomyślano, że nada się do prezydium. Jako Syn Boży lub Duch Święty tej dumnej Trójcy, działała przez pół roku. Wydarzenie parlamentarne jednak zmusiło ją do podjęcia decyzji o złożeniu rezygnacji.
To było niecały rok temu. Przez ten rok nie działałam w żadnej organizacji czy instytucji, która miała na celu zapewnienie wygód wszelakich studentom. Chciałam założyć własną firmę, jedną, drugą, jednak juuż na starcie czułam, że to nie to. Studia magisterskie rozpoczęłam na swojej alma mater uznając, że wszelkie argumenty przytoczone przez rodzicielkę i mężczyznę jakiś sens (seks - typowa freudowska pomyłka) mają - co się prawdą okazało i póki co jestem zadowolona z własnego wyboru. Zwłaszcza że realizuję plan 3 kierunków przynajmniej, bo rozpoczęłam również uzupełniające studia magisterskie na filologiiangielskiejspectranslatorskobiznesowej.
Jakieś dwa tygodnie temu ogłoszono wybory uzupełniające do Rady. Wzięłam kartę zgłoszeniową, wypełniłam, zaczęłam zbierać podpisy, zrezygnowałam. Że może to jednak nie jest dobry pomysł (w Radzie były osoby, które mnie znieść nie mogły, obecnie została jedna, a wygląda na to, że jej stosunek się zmienił - znów jest ok). Jako obecny starosta roku (i siłą rzeczy delegat) stawiłam się wczoraj na wyborach. Swoje typy już miałam, wobec tego żadne dociekliwe pytania publiczki i nieudolne odpowiedzi kandydatów nie zmieniły mojej decyzji. Ja pytanie zadałam również, wydało mi się oczywiste, jednak nie na tyle oczywiste widać, żeby kandydaci je zrozumieli (z 7, słownie: siedmiu osób jedna mi na nie odpowiedziała; reszta bełkotała coś o mieszkaniu i chęci, bla bla). Przystąpili do wyborów, postawili iksy, wrzucili karteczki do urny, usiedli, westchnęli, pochowali długopisy, podłubali w nosie, wymienili uwagi z sąsiadami, ziewnęli niedyskretnie, wysłali esemesa do koleżanki, że kurewsko im się spać chce, sprawdzili kieszenie w poszukiwaniu miętusa, posłuchali wyników i ucieszyli się z efektów. Ja również. Po wyborach udaliśmy się (my, znaczy ja + Rada) do biura Rady, oni celem dopełnienia niezbędnych formalności, ja celem przepisania i wydrukowania pewnych istotnych podań, bo mię w instytucie cofli. Zamieniłam kilka słów z "radnymi", poklepałam po ramieniu, uścisnęłam dłoń. Pewien szanowny kolega, czarny koń tego zaciętego wyścigu, mój faworyt zresztą, na moje gratulacje odpowiedział:
"Teraz czekamy na Ciebie. Zgodnie z obietnicą".
I spłynęła na mnie fala radości, spełnienia i tego miłego podniecenia, kiedy czekasz na coś dobrego. Podjęłam decyzję. Wzięłam kolejny formularz zgłoszeniowy, zebrałam kilka podpisów i teraz nie mogę zrezygnować, bo to podpisy ludzi ważnych, nie tyle decyzyjnie, co tych, którzy odegrali ważne role w moim życiu (dzięki nim, bo to "radni" jeszcze z czasów mojej kadencji, nauczyłam się pracy w grupie, działania w kierunku intensywnego rozwoju i czerpania satysfakcji z drobnych gestów, które są pomocne innym). Za dwa tygodnie kolejne wybory uzupełniające. Jakieś szanse mam. Na samą myśl, że znów będę na fali, czuję przyjemne mrowienie wzdłuż pleców.
Jeszcze przed wyborami, siedziałam przed radzianym komputerem przepisując wspomniane podania. I wtedy do biura wszedł zRedaktor techniczny naszej gazety studenckiej. Znamy się nie od dziś. Rokrocznie zRedaktor techniczny ponawia swą ofertę, chcąc usadzić mnie na stanowisku redaktor naczelnej. Rokrocznie odmawiałam, gdyż: primo - miałam wystarczająco zapchany terminarz po zajęciach, secundo - miałam wystarczająco dużo zajęć w harmonogramie, tertio - gazeta była na żenująco niskim poziomie i podpisanie się swym nazwiskiem na pierwszej stronie było samobójstwem nie tylko towarzyskim. Swą ofertę zRedaktor techniczny ponowił wczoraj (cóż za piękna tradycja!). A ja, aby wyprowadzić go z tego impasu, w końcu się zgodziłam (bo niektóre tradycje są szalenie idiotyczne). Zebranie we wtorek o trzynastej. Od razu zapowiedziałam, że ja pisać nie będę (się zobaczy), ale zajmę się korektą, bo błędy w tej gazecie zniechęcają do jej otwierania.
Z rzeczy poprzednich-powszednich: podeszłam do egzaminu IELTS. W końcu! Wyniki w środę, dalej zobaczymy. Niemniej złożyłam już podanie o listy referencyjne. Najwyżej się anuluje. Na Fuerteventurze byłam i nie wspominam tego pobytu zbyt dobrze. Cóż, że piękne widoki, cudowny ocean (wcale nie taki zimny), wielki, luksusowy hotel? W tym roku już źle mi było samej, a na dodatek się przytrułam i dostałam udaru słonecznego. Tyle chociaż, że ta plaża cudowna, i ocean niespokojny, ale za to Atlantycki. Do egzaminu na kategorię A nadal nie podeszłam, więc zostaje przełożony na przyszły rok, jak będzie ładna pogoda. Motocykla jeszcze długo nie kupię, rodzina się zbuntowała - zostałam przekupiona innym rozwiązaniem i jak do tej pory to "obiecanki cacanki...". Z nowości jeszcze brat: "Uważaj, nie zmieniaj mebli w pokoju! U nas w rodzinie jak się baba za remonty bierze, to zaraz potem jest ślub". Nie, nie chodzi o wpadkę, po prostu chłopom się na oświadczyny zbiera.

Wracam do życia. Tylko dzisiaj nastrój szitowy.

kawa-o-poranku


skomentuj (0)

2009-07-24
Szeroka gama możliwości.

W życiu każdego studenta przychodzi taki moment, gdy okazuje się, że już tym studentem nie jest. Mnie to dopadło 23 czerwca, z chwilą, gdy oddałam do instytutu legitymację i promotor podbił moją kartę obiegową po obronie pracy. Chwilę potem wybraliśmy się całą ekipą na piwo, a kilka godzin później moja mama dziwiła się, że wracam o własnych siłach. I o tym właśnie momencie mówię - upić się można było, owszem, ale nie ze szczęścia.
W takiej sytuacji wspomniany już student ma dwa wyjścia: albo rzucić się w wir (poszukiwania) pracy i pogodzić z tym, że już jest zaliczany do grona "dorosłych" i nie może jeździć pociągiem ze zniżką, albo za wszelką cenę starać się ten status studencki utrzymać. Ja, rzecz jasna (a może wcale nie tak jasna), wskoczyłam do tej drugiej grupy. W celu "przedłużenia młodości" walczyć będę o kolejne tytuły. I tu się zaczyna problem.
Każda uczelnia oferuje szeroką gamę możliwości dla biednego, zagubionego byłego-przyszłego studenta. Wychodząc z - czasem błędnego - założenia, że im więcej, tym lepiej, proponuje się żakowi nie jeden, kontynuacyjny kierunek, ale również pięć innych, na które może się zapisać bez dodatkowych formalności lub poprzez zdanie prostego, orientacyjnego egzaminu wstępnego. Efektem tego jest (nie biorąc pod uwagę kierunków mniej spokrewnionych z moim) 7 (słownie: siedem) pozycji na mojej liście "kierunku do kontynuacji". W obrębie jednej uczelni! Aż boję się sprawdzać inne.
Ósmą, najbardziej kuszącą ofertą, są studia zagranicą, na jednej z najbardziej prestiżowych uczelni na świecie. Perspektywa cudowna, ale najbardziej wymagająca... pod kątem formalności. Tym, co mnie wstrzymuje (z czystego lenistwa, nie oszukujmy się) jest zdanie egzaminu na certyfikat IELTS, który jest kryterium wymaganym podczas aplikowania. Wstrzymuje mnie dlatego, że perspektywa straty 600 zł w razie zdania na pół punktu mniej jest mało kusząca. Dodatkowo dwie podróże do stolicy trzeciej lub drugiej, robienie zdjęć... jednym słowem: niechcemisię. Z drugiej jednak strony wolałabym uniknąć sytuacji, gdy za kilka lat będę siedzieć w fotelu i myśleć: "Kretynko, a mogłaś tam studiować".
Po drugiej stronie medalu nie ma wielkiego "wow! jednak jest dobra strona!". Po drugiej stronie medalu jest ogromna suma pieniędzy, którą trzeba posiadać w chwili składania aplikacji. Niby nie problem, a jednak problem. Sama świadomość posiadania potwierdzenia takiego stanu konta wprawia mnie w zakłopotanie.
Jakby tego było mało, wczoraj w nocy dowiedziałam się, że na mojej pierwszej uczelni utworzyli stopień magisterski - akurat na moim kierunku. Mama będzie zachwycona, mężczyzna już jest. Bo to by oznaczało - brak wydatków, brak zmartwień, brak rozłąki, brak problemów. No bajka. A dla mnie to oznacza wszystko z jednej kategorii: stagnacja, krok w tył, brak rozwoju.

Jestem przybita. Myślałam, że koniec studiów = początek lepszych czasów. No dobrze, nie myślałam tak, ale nie brałam pod uwagę tak ewidentnej beznadziei. Na dodatek nie jestem kompletnie przyzwyczajona do wakacji-wakacji. Nie umiem się obijać! Mało tego - jestem sama, samiuteńka. Mama w Kanadzie albo na innej Alasce, brat z rodziną nad morzem... I sobie tu tak gniję wesolutko. Szczęśliwie 10 sierpnia wylatuję na tydzień na W-y Kanaryjskie. Fuerteventuro, nadchodzę! Za jakiś czas ;-)

kawa-o-poranku


skomentuj (0)


projekt&wykonanie:Mortella więcej na: dobreszablony.blog.pl